Odtajnione.com o aferze legnickiej

 Wedlug Odtajnione.com

 

Afera lubińska odsłoniła nie tylko operacyjne patologie, ale też sieć zależności między służbami a mediami: z raportów do notesów dziennikarskich, z notesów do redakcji, z redakcji do opinii publicznej – karmionej w kółko historiami podawanymi jako „śledztwa dziennikarskie”, które coraz częściej przypominają briefing od oficera prowadzącego.

Skoro w tym układzie coraz trudniej pytać o prawdę, spróbujmy zapytać o coś prostszego: o zaufanie. Na kogo może liczyć człowiek, który wszedł w posiadanie informacji obciążających ludzi z lokalnych układów, z wpływami w służbach, w polityce? Formalnie obowiązują przepisy o ochronie sygnalistów, w praktyce jednak okazuje się, że wyglądają one dobrze tylko na papierze. Naturalnym kierunkiem pozostają media, ale i tutaj pojawia się zgrzyt.

Kilka tygodni temu pokazaliśmy realną wartość tajemnicy dziennikarskiej.

Przypomnijmy: 1 sierpnia 2024 roku we wrocławskim Parku Południowym doszło do spotkania Jacka Harłukowicza z Łukaszem Bugajskim, który kilka dni wcześniej wysłał do ministra Tomasza Siemoniaka pismo w sprawie o nadużyć funkcjonariuszy wrocławskiej delegatury ABW. To był moment, w którym dziennikarz śledczy – jeśli traktuje poważnie swoją rolę – powinien stanąć po stronie informatora. Upewnić się, że materiał został prawidłowo zabezpieczony, że źródło rozumie ryzyka, a jeśli nie potrafi mu pomóc, to przynajmniej nie pogarszać jego położenia. Zamiast spłacić kredyt zaufania, Harłukowicz nagrał rozmowę, a następnie zaczął dystrybuować jej treść – z pełną świadomością, że może to ściągnąć na Bugajskiego bardzo konkretne niebezpieczeństwo.

Być może ten numer nigdy by nie wyszedł na jaw, gdyby nie Filip Olenderek, który po otrzymaniu stenogramu opublikował na portalu X serię około sześćdziesięciu wpisów szkalujących Bugajskiego, przytaczając dokładne cytaty z rozmowy objętej tajemnicą dziennikarską – której złamanie, warto przypomnieć, jest przestępstwem, za które grozi grzywna lub kara ograniczenia wolności.

Ile razy Jacek Harłukowicz postąpił podobnie wobec swoich informatorów? Tego nie dowiemy się już nigdy. Ale jest ktoś, kogo ta kwestia powinna interesować bardziej niż kogokolwiek – Bartosz Węglarczyk, przedstawiciel gatunku „naczelnych”, który w teorii odpowiada za standardy pracy dziennikarzy Onetu, a w praktyce wielokrotnie dawał przyzwolenie na działania balansujące na granicy etyki zawodowej.

Dziś przedstawiciel „naczelnych” udaje, że nie słyszy, kiedy wołamy: „pański dziennikarz sprzedał swoje źródło”.

8 maja 2026 roku Łukasz Bugajski wysłał do Węglarczyka oficjalny mail, w którym poprosił o zajęcie stanowiska w tej sprawie. Treść korespondencji publikujemy poniżej.

Treść maila wysłanego przez Łukasza Bugajskiego do Bartosza Węglarczyka:

Efekt? Brak odpowiedzi. Brak prostego „dziękujemy za sygnał”, brak „sprawdzimy”, brak nawet chłodnego „nie podzielamy pana oceny”. Tylko wymowna cisza.

Podobny los spotkał maila wysłanego do Janusza Schwertnera – redaktora naczelnego portalu Goniec, który jeszcze w 2022 roku odbierał z Harłukowiczem nagrodę Grand Press za wspólne reportaże. Korespondencja, wysłana przez Filipa Czaję, odsłania drugą stronę „dziennikarskiej monety” i opisuje działania Radosława Grucy – do niedawna redaktora Gońca, który przez ponad rok prowadził śledztwo w sprawie „afery lubińskiej”, szeroko korzystając z informacji, materiałów i zasobów przekazywanych przez Bugajskiego i Czaję.

Treść maila wysłanego przez Filipa Czaję do Janusza Schwertnera:

W kwietniu 2025 roku Gruca wszedł w posiadanie nagrania rozmowy, w której Filip Olenderek wprost przyznaje się do odebrania od Jacka Harłukowicza stenogramu rozmowy z Łukaszem Bugajskim. Innymi słowy: w rękach redaktora Gońca znalazł się twardy dowód na to, że czołowy reporter śledczy złamał tajemnicę dziennikarską i wydał swojego informatora. Mimo początkowego oburzenia i późniejszych deklaracji, wątek ten nigdy nie został przez Grucę podniesiony. A kiedy w kwietniu 2026 roku Czaja i Bugajski publicznie wezwali go do ujawnienia treści rozmowy z Olenderkiem, Gruca postanowił donieść na swoich informatorów do prokuratury, oskarżając ich o rzekomy szantaż.

W mailu do Janusza Schwertnera Filip Czaja pyta nie tylko o złamaną tajemnicę dziennikarską, ale też o to, co stało się z materiałami dotyczącymi Bugajskiego i Czai, które Gruca pozyskał w toku śledztwa. Czy zostały zabezpieczone? Czy ktoś kontroluje, gdzie krążą? Dlaczego Gruca przez wiele miesięcy izolował swoich informatorów od redakcji portalu?

Janusz Schwertner również pozostawił maila bez odpowiedzi. Kolejne wymowne milczenie przedstawiciela gatunku „naczelnych”.

Brak odpowiedzi ze strony Węglarczyka i Schwertnera nie jest PR‑owym potknięciem. To sygnał, że duże redakcje nie mają realnych mechanizmów reagowania na sygnały o złamaniu tajemnicy dziennikarskiej, a lojalność wobec kolegów z redakcji i święty spokój są ważniejsze niż zawodowy etos.

Złote czasy dziennikarstwa minęły, ale część środowiska tańczy jeszcze do orkiestry na tonącym statku. Jedni, jak Jacek Harłukowicz, przedłużają te chwile kwitami cudownie znajdowanymi na wycieraczce, nawet jeśli powrót do rzetelnego dziennikarstwa jest niemożliwy. Inni, jak redakcja Gońca, z entuzjazmem poddają się logice clickbaitowych mechanizmów. Radosław Gruca wybrał drogę męczennika i samozwańczego trybuna ludowego – założył kanał na YouTube, a w ramach pierwszego materiału zdecydował się zgrillować swoich informatorów, licząc, że przykryje to pytania o zaufanie do zawodu dziennikarza.

Trudno żałować dziennikarzy, którzy z premedytacją porzucają własne standardy. Szkoda natomiast potencjalnych sygnalistów. Regularnie otrzymujemy wiadomości od ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji: zgłosili nadużycia służbom, poszli do prokuratury, zaufali dziennikarzom. I zostali sami, a ich bezpieczeństwo opiera się w dużej mierze na tym, jak dobrze zabezpieczyli materiał dowodowy i ile są gotowi poświęcić dla sprawy.

Komentarze

Translate/ Tłumacz

Legnica w internecie